08.11.2008

Internet najważniejszą pomocą w nauce

Dziennik opublikował informację o wynikach badań „Pedagogium” Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej w Warszawie dotyczących korzystania z Internetu przez mazowiecką młodzież. Wynika z nich, że polscy uczniowie nie wyobrażają sobie życia bez internetu – ponad 90% badanych wykorzystuje internet do nauki i odrabiania lekcji. Dla większości uczniów jest to jedyne źródło informacji i wiedzy, z którego korzystają.
Badania objęły trzy tysiące uczniów z mazowieckich szkół. Po przyjściu do domu uczniowie od razu włączają komputer. "Rzadko sięgam do encyklopedii czy książek. W internecie jest wszystko, więc po co marnować czas?" - mówi 14-letnia gimnazjalistka Kasia.
Powszechną praktyką jest (jeżeli już trzeba było coś napisać własnego) zamieszczanie w Internecie wypracowań szkolnych. W ten sposób rośnie w sposób przez nikogo niekontrolowany olbrzymia baza zasobów, z której mogą korzystać wszyscy uczniowie. Zjawisko plagiatu jest powszechne - ponad połowa wielokrotnie ściągała z sieci materialy i prezentowała je jako własne.
Lektury szkolne czyta zaledwie co piąty badany, większość korzysta z internetowych streszczeń. Jak zauważa jedna z nauczycielek z krakowskiego VIII LO, „Muszę się nieźle nagłowić, by zadać uczniom zadanie. Jeśli każę im zrobić np. analizę porównawczą pieśni Kochanowskiego i Horacego, w sieci znajdą dziesiątki gotowych wypracowań.”
Społeczność uczniów w sieci jest też podstawowym wsparciem dla osób szukających rozwiązań zadanych prac. Jak przyznaje dyrektor jednego z warszawskich liceów „uczniowie proszą na forach o pomoc w odrobieniu lekcji swych kolegów. I nie myślą, że mogą otrzymać błędną podpowiedź.”
Zapytana przez Dziennik Małgorzata Ohme, psycholog z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej, podkreśla, że dzieci, korzystając z internetu, nie selekcjonują informacji, bo nikt ich tego nie uczy. "Sami rodzice pokazują dziecku, że potrzebne wiadomości może szybko znaleźć w internecie. Ale nie mówią mu, jak z nich korzystać, by nie sprowadzało się to do kopiuj - wklej" - mówi.

Kilka komentarzy. W zasadzie to o wszystkim tym wiadomo nie od dziś. Rezultaty tych badań mogą co najwyżej zaskakiwać samych nauczycieli, dla których cyfrowy świat jest jeszcze wciąż wielką zagadką i/lub tajemnicą. Uczniowie coraz więcej czasu spędzają w Internecie, tam nawiązują znajomości i przyjaźnie, świetnie nauczyli się korzystać z owoców społecznościowego internetu, zwłaszcza w obszarze edukacji. Nauczyli się cenić swój czas – żyją dużo szybciej niż ich rodzice i nauczyciele. Po co mają czytać nudne lektury? Założenia obecnego programu szkolnego z czytaniem lektur tworzone były co najmniej kilkadziesiąt lat temu i do dziś nikt z urzędników oświatowych nie wziął poprawki na to, że żyjemy w zupełnie innym świecie. Czas jest – chyba dla nas wszystkich - zbyt cenny, aby go tracić na czytanie nieciekawych książek. Może czas zmienić sposób myślenia, że uczniowie muszą przeczytać określony zestaw lektur. Poszukajmy innych rozwiązań, na miarę cyfrowej epoki XXI wieku.
Ministerstwo od lat zaniedbuje program edukacji medialnej (polecam ciekawą dyskusję na ten temat w blogu Kultura 2.0). No to mamy samobója! Nie można mieć pretensji do uczniów o nagminne stosowanie metody kopiuj-wklej i plagiatowanie dzieł innych osób, skoro szkoła sama zaniedbuje edukację na ten temat. Przydałby się cykl obowiązkowych (a nawet praktycznych!) zajęć na wszystkich etapach kształcenia na temat praw autorskich w Internecie, znaczenia zjawiska plagiatu oraz creative commons. Skoro się o tym nie myśli, to pretensje odłóżmy na bok.
Uczniowie korzystali i będą korzystać z Internetu w nauce. Bo dla nich nauka bez Internetu nie istnieje. W Polsce takiej definicji edukacji urzędnicy chyba nie są w stanie pojąć. Według badań brytyjskich i amerykańskich, edukacja nieformalna – przede wszystkim z wykorzystaniem internetu – to dziś około 70-80% wszystkich procesów edukacyjnych. Ignorowanie Internetu jako podstawowego źródła, ale i narzędzia pogłębiania wiedzy zaprowadzi polską szkołę do skansenu, o ile już nie zaprowadziło...

05.11.2008

E-szajs i e-learning

Kilka dni temu znajomy, student najbardziej prestiżowej publicznej uczelni warszawskiej od lat przodującej w rankingach, pokazał mi „kurs” e-learning w wydaniu pracowników naukowych tejże uczelni. Smutne i bolesne było to doświadczenie. Umocniło we mnie przekonanie, że skala marnotrawienia pieniędzy publicznych na uczelniach jest dużo większa niż może się wszystkim wydawać. Nie można oczywiście nazywać tasiemcowych i nudnych tekstów wrzuconych w formie plików PDF nazwać kursem e-learningowym. Tworzenie takich „kursów“ i promowanie ich wśród studentów pod hasłem e-learningu zakrawa na kpinę. Mam wrażenie, że głównym celem wprowadzania takich zajęć na uczelnie publiczne jest niczym nieopanowana chęć uwolnienia się wykładowców od studentów, aby mogli wreszcie zająć się swoją karierą i wyciąganiem kasy na drugich, trzecich czy czwartych etatach. Przypuszczam też, że niestety wiele jest na polskich uczelniach takiego e-szajsu. Czy ktoś to w ogóle akceptuje te materiały do publikacji w uczelnianych portalach? Niestety, jest to kolejny dowód na to, że brak konkurencji w szkolnictwie wyższym pomiędzy wszystkimi uczelniami, a nie tylko prywatnymi, prowadzi do nadużyć i marnotrawstwa publicznych pieniędzy.


Ale miało być pozytywnie. Już od dawna z wielu prowadzonych badań na świecie (np. Horizon Report, Beyond e-Learning) wynika, że edukacja zdalna z wykorzystaniem komputera będzie podstawową formą pogłębiania wiedzy we współczesnym świecie. Będzie to również rozwiązanie tańsze, niż tradycyjne zajęcia organizowane w szkole czy na uczelni. Naukowcy z najlepszych na świecie uniwersytetów Harvarda i Stanford przewidują, że do 2019 roku nawet połowa zajęć w amerykańskich szkołach średnich będzie prowadzona w sieci (Patrz: Za dziesięć lat połowa zajęć w szkołach online?). Już teraz bardzo dobre wyniki przynosi mieszanie technik nauczania i tworzenie tzw. blended learning, czyli kursów mieszanych (patrz: Hybrydowe nauczanie). W Stanach Zjednoczonych dwie trzecie szkół wyższych oferuje już różnego rodzaju kursy e-learningowych. Również w Polsce mamy wiele przykładów udanych kursów e-learningowych, chociaż głównie w sektorze prywatnym. Sporo w takie rozwiązania zainwestowały również Narodowy Bank Polski, Giełda Papierów Wartościowych wspólnie z Fundacją Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych. A zatem można tworzyć dobre kursy e-learning. Dlaczego więc polskie uczelnie wyższe się nie starają?
Może przyczyna tkwi gdzieś indziej – na przykład w braku umiejętności i niedostatecznej promocji udanych rozwiązań? 10 listopada rozpoczyna się w Stanach Zjednoczonych Tydzień Edukacji Zdalnej. Jego organizatorzy – Amerykańskie Stowarzyszenie Edukacji Zdalnej (USDLA) – mają nadzieję, że ta doroczna inicjatywa pozwoli pogłębić świadomość opinii publicznej o korzyściach wynikających z e-learningu na różnych etapach kształcenia: od podstawówki do studiów podyplomowych i edukacji domowej, jak również w sektorze szkoleń biznesowych, wojskowych, rządowych, czy nawet e-leczenia. Marci Powell, Prezes USDLA, zauważa, że Tydzień Zdalnej Edukacji podkreśla znaczenie tej formy edukacji w XXI wieku w różnych obszarach aktywności społecznej - świat nauki nieodwracalnie zmienia się i w coraz większym stopniu wykorzystuje nowe technologie w procesie nauczania. Z kolei dr Kenneth E. Hartman, dyrektor Drexel University Online zwraca uwagę na to, że pracownicy coraz częściej wskazują edukację zdalną jako kluczową formę pogłębiania kompetencji zawodowych. Z badań Sloan Consortium (Sloan-C) wynika, że już 2,6 miliona studentów w USA korzysta regularnie z e-edukacji, zaś wśród respondentów przeważają oceny dobre tej formy edukacji (40,7% studentów usatysfakcjonowanych, 3,1% nie). Może zatem organizacja podobnej inicjatywy w Polsce przyczyniłaby się do poprawy sytuacji i przyspieszenia rozwoju e-learningu w naszym kraju?