14.07.2008

Nieznajomość angielskiego kosztuje

W prawie jedna z fundamentalnych zasad brzmi po łacinie: ignorantia iuris nocet. Czy powinniśmy dzisiaj przyjąć inną fundamentalną – życiową – zasadę: „nieznajomość angielskiego szkodzi”? (ciekawe jak to by brzmiało po łacinie...).
Poziom znajomości języka angielskiego w Polsce należy do najniższych w Europie, co jest niestety wynikiem wieloletnich zaniedbań polskiego systemu edukacji, braku dostatecznej liczby wykwalifikowanych nauczycieli i niskiego poziomu nauczania. Według danych Eurostatu jedynie 29% Polaków deklaruje znajomość angielskiego, przy średniej unijnej wynoszącej 51%. „Dziennik” w numerze z 12-13.07 br. podjął się wyliczenia ile kosztuje polską gospodarkę nieznajomość tego języka. Z badań prowadzonych wśród pracodawców wynika, że pracownicy posługujący się angielskim zarabiają aż o 30% więcej od innych. Redakcja „Dziennika” wyliczyła, że gdyby tylko o 1% więcej Polaków znał angielski na poziomie średniej unijnej, dałoby to polskiej gospodarce około miliarda euro dodatkowego zysku rocznie. Gdybyśmy tylko wyrównali do średniej unijnej, dochód gospodarki – i co za tym idzie również pracowników – zwiększyłby się o 70 miliardów euro rocznie. Wyliczeń tych nie negują eksperci ekonomiczni zapytani przez „Dziennik”.
Nauczyć się dziś angielskiego jest wyjątkowo łatwo. Trzeba oczywiście tylko: mieć świadomość, że jest to cywilizacyjna konieczność i chcieć się jego nauczyć. Rynek brytyjski jest otwarty dla polskich pracowników, prowadzone są setki wymian młodzieży, działają dziesiątki organizacji międzynarodowych, w których angielski jest podstawowym językiem komunikacji, w kraju działają setki szkół językowych, każdy, kto używa Internetu z pewnością ma styczność z językiem angielskim przynajmniej raz dziennie, a jeżeli tylko zechce – w kilka kliknięć może rozpocząć dowolny kurs językowy, także nieodpłatny. Prawdziwą rewolucję w nauczaniu języków oznaczają podkasty – w serwisie iTunes (Podcasts/Education) jest już kilkanaście bezpłatnych kursów, które można subskrybować do swoich odtwarzaczy muzycznych lub na komputer. Bardziej ambitni znajdą sobie lektora w sieci, który – niekoniecznie znajdując się w Polsce – będzie w stanie zorganizować ciekawe zajęcia przez skype o dowolnej porze dnia.
To było a propos dorosłych i dorastających. Kształcenie angielskiego jest niezbędne od przedszkola aż po studia jako element obowiązkowy procesu edukacji. Prawdziwą zmianę oznaczałoby jednak dopiero wprowadzenie angielskiego na wszystkich szczeblach kształcenia jako języka wykładowego na równi z polskim. Do tego powinna zmierzać moim zdaniem reforma systemu edukacji. Inne języki świata możemy póki co traktować jeszcze jako hobby (oczywiście nie zabraniajmy tylko uczyć się ich jako trzeciego i n-tego języka).

13.07.2008

Jeszcze raz o rozwiązaniach aleksandryjskich w edukacji

Muszę jeszcze raz nawiązać do artykułu Krzysztofa Rybińskiego w Newsweeku - tym razem skupiając się na szkolnictwie wyższym. Autor proponuje takie rozwiązania: „Poziom kształcenia wyższego w Polsce poza nielicznymi wyjątkami jest niski i tylko dwie polskie uczelnie są na liście 500 najlepszych na świecie, zresztą w przedostatniej setce. Próby dyskusji o zmianach w tym sektorze są sprowadzane do obrony praw nabytych i kwestii, czy ma istnieć habilitacja, czy nie. Nie widać żadnych perspektyw zmiany obecnej sytuacji. Dlatego należy przeprowadzić badania kapitału intelektualnego wszystkich polskich uczelni publicznych – opracować metodologię i ustawowo nakazać uczelniom dokonanie samooceny według ściśle określonych kryteriów. Takie samo badanie należy przeprowadzić w 10 najlepszych uczelniach świata oraz na tych wydziałach i kierunkach w Polsce, które odnoszą spektakularne sukcesy międzynarodowe. Należy opisać najlepsze praktyki prowadzące do światowego sukcesu i określić wzorzec. A potem finansowanie każdej uczelni uzależnić od corocznego skracania dystansu dzielącego daną uczelnię do wzorca.


To chyba za mało aleksandryjskie rozwiązanie. Po pierwsze należałoby skończyć z dyskryminacją uczelni niepublicznych. Wiadomo, że najlepsze na świecie uniwersytety są w Stanach Zjednoczonych - według rankingu The Times w Stanach Zjednoczonych znajduje się 12 spośród 15 najlepszych uniwersytetów na świecie, według rankingu Newsweeka 15 z 20, według rankingu szanghajskiego 58 ze 100, a według rankingu publikacji naukowych 170 z 500. Wszystkie amerykańskie uniwersytety mają takie same warunki konkurowania w walce o studentów i kadrę naukową, co zmusza je do stałego podnoszenia jakości nauczania i odpowiadania na bieżące zapotrzebowanie rynku. O to samo należałoby zadbać w Polsce – nie wiem, dlaczego Pan stawia tylko na uczelnie publiczne. Finansowanie uczelni wyższych powinno być uzależnione od efektywności procesu nauczania i sukcesów odnoszonych w różnych dziedzinach. Należałoby oczywiście przyjąć warunki dające równe szanse wszystkim uczelniom, a nie tylko „zasłużonym”, które już dawno spoczęły na laurach i zajmują się produkcją bezrobotnych lub niedopasowanych do rynku pracy absolwentów. Najlepsze uczelnie (może 10, 20 a może 30 – to kwestia wypracowania „aleksandryjskiego” kryterium oceny) powinny dostawać ponad połowę wszystkich środków przeznaczonych na finansowanie szkolnictwa wyższego. To mobilizowałoby pozostałe uczelnie do zmian, specjalizacji, modernizacji procesu nauczania, patrzenia na oczekiwania pracodawców, badania trendów (i w ogóle myślenia o tym, gdzie ma być Polska za 20-30 lat). To powinno trochę wyglądać jak taka Liga Mistrzów – awansujecie dalej – dostajecie większe pieniądze na badania i rozwój uczelni. Ponadto obowiązkowe powinny być (na studiach I i II stopnia oraz podyplomowych) programy realizowane w partnerstwie z zagranicznymi uczelniami (uwaga! w języku angielskim lub innym języku międzynarodowym), najlepiej jeszcze poddane systemom akredytacji zachodnich (czytaj: anglosaskich) instytucji edukacyjnych. Nie zapominajmy – wypomina to nam OECD – że Polska ma jeden z gorszych współczynników umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego wśród krajów członkowskich i należy to zmieniać. To oczywiście tylko kilka pomysłów – bo tych rozwiązań należałoby wprowadzić znacznie więcej.
Od wielu lat toczy się w Polsce jałowa dyskusja, czy studia powinny być płatne czy bezpłatne. Już dziś świetne prywatne szkoły wyższe – jak na przykład Łazarski, Koźmiński, PWST, Polsko Japońska Wyższa Szkoła Technik Komputerowych i wiele innych – biją na głowę dziesiątki uczelni publicznych jeśli chodzi o jakość nauczania i przygotowanie absolwentów do wyjścia na rynek pracy. Niestety w rankingach zawsze będą przegrywać z publicznymi uczelniami, ponieważ w Polsce funkcjonuje XIX wieczny model pruski szkolnictwa wyższego, który premiuje ilość i historyczne dokonania (czyli tzw. prestiż), a nie jakość i nadążanie za rozwojem cywilizacyjnym. Może w końcu ktoś zdecyduje się przeciąć ten węzeł gordyjski?

Średniak z dolnej półki bez wizji rozwoju

To niestety prawda o naszym kraju. Krzysztof Rybiński (z którym miałem przyjemność współpracować w NBP) w Newsweeku wzywa do stworzenia drugiego planu Balcerowicza w Polsce, który zapewni rozwój naszego kraju na następne 20-30 lat.
Kilka fragmentów trzeba zacytować. „Myślenia strategicznego w Polsce nie ma od wielu lat. Osoby na najwyższych stanowiskach biegają ze spotkania na spotkanie, uzgadniają, konsultują, opiniują, gaszą pożary i oczywiście wypychają kwity, które muszą każdego dnia wyjść z resortu. Tak powstała większość z ponad 400 (sic!) strategii, jakimi dysponuje obecnie Polska. Pisały je osoby, które często nie wiedziały, że istnieje pozostałych 399. Dlatego są one niespójne, często sprzeczne i najczęściej nie prowadzą do żadnego celu. Bo go nie ma – nie ma wizji Polski (...) Część problemów, z którymi się zmierzyć, przybrała formę węzłów gordyjskich, czyli nie sposób ich rozwiązać w ramach XX-wiecznego sposobu myślenia. Dlatego potrzebne są rozwiązania aleksandryjskie. Potrzebny nowoczesny sposób myślenia i planowania sukcesu. Cechą tych rozwiązań jest to, że często są politycznie niepoprawne, wbrew logice przeszłości (...).”
Chapeau bas. Moim zdaniem ten odważny – i bardzo prawdziwy tekst – powinien przeczytać każdy, kto interesuje się losami kraju. Oczywiście naturalnie nasuwa mi się pytanie – a co w takim razie z tą strategią rozwoju polskiej edukacji? Czy to też jest ta jedna z 400? Chyba niestety tak. Dyskutowana w MEN reforma edukacji nie przekonuje, że jest koncepcją, która pchnie polską edukację naprzód i sprawi, że będziemy mieć młodzież najlepiej przygotowaną w Europie (na świecie?) na wyzwania cywilizacyjne XXI wieku. Ciągle mieszamy w tym samym kotle, w których idee XIX-wiecznego kształcenia pomieszano z myśleniem XX-wiecznym. Niewiele dobrego z tego wyjdzie...
Rybiński nawołuje do korzystania z wzorców, które przecież są znane w świecie. W edukacji takimi wzorcami są reformy systemu edukacji dokonane w Wielkiej Brytanii z rządów Blaira oraz sukcesy skandynawskich systemów edukacji opartych na autonomii nauczyciela. Dlaczego nie korzystamy z tych wzorców? Dlaczego jesteśmy niezdolni do przecięcia węzłów gordyjskich polskiej edukacji i tylko „wypychamy” kolejne kwity?

08.07.2008

W drodze do e-szkoły

Z badań brytyjskich wynika, że uczeń zdobywa podczas lekcji najwyżej połowę wiedzy, która jest w programie nauczania. Pozostałą wiedzę i umiejętności uzupełnia i rozwija poza szkołą. Trend ten będzie się prawdopodobnie umacniał, ponieważ młodzież naturalnie będzie wolała korzystać z narzędzi, do których jest przyzwyczajona i z których w sposób naturalny korzysta na co dzień – przede wszystkim Internetu.

W czerwcu w Gazecie Wyborczej opublikowana została ciekawa rozmowa z prof. Maciejem M. Sysłą z Uniwersyetetu Mikołaja Kopernika w Toruniu na temat przyszłości edukacji szkolnej. Przyszłością szkoły jest według niego e-szkoła. Trzeba zagwarantować, aby nasycaniu szkół sprzętem komputerowym  i elektronicznym towarzyszyła jednocześnie rozbudowa zasobów edukacyjnych w Internecie, gdyż tylko wówczas uczniowie uzyskają dostęp do wartościowych i nieograniczonych zasobów wiedzy, z których będą mogli zawsze czerpać. Równocześnie należy zadbać o powszechny dostęp do Internetu, tak aby zapewnić możliwość uczenia się w każdym miejscu i czasie. Dostęp do technologii i jej zasobów musi być zapewniony wszędzie tam, gdzie potrzebują jej uczniowie, nauczyciele, personel, a także rodzice.

Prawdziwym wyzwaniem systemu oświaty będzie stworzenie jednolitej platformy e-learningowej, z której będą mogły korzystać wszystkie szkoły danego szczebla. „Dzięki niej uczeń będzie miał dostęp do swoich indywidualnych zasobów w internecie. Będzie powiększał swoje osobiste archiwum i układał z niego swoje e-portfolio, czyli cyfrową wizytówkę: historię własnego rozwoju, wykonane prace, opis osiągnięć, zdobyte doświadczenia, również oceny i wyniki egzaminów, a wszystko opatrzone swoimi refleksjami.” – zauważa prof. Sysło. Takie zasoby internetowe wprowadzają Brytyjczycy, Norwegowie, Austriacy, ale również w Polsce trwają przygotowania do wprowadzenia takiego rozwiązania dla 300 szkół na Dolnym Śląsku.

Powstanie takiej platformy będzie oznaczać rewolucję w pracy nauczyciela, który będzie musiał przestawić się na pracę wyłącznie w środowisku komputerowym i porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia. Przygotowując się do lekcji nauczyciel będzie zmuszony do wprowadzenia wszystkich swoich notatek i pomocy naukowych do sieci, gdyż tylko wówczas istnienie takiej platformy e-szkolnej będzie miało sens. I to jest właśnie moim zdaniem największe wyzwanie dla edukacji. 

System kształcenia nauczycieli w Polsce jest niedopasowany do współczesnej zdigitalizowanej rzeczywistości. Problemem jest nie tylko raczej niski stopień umiejętności nauczycieli w zakresie korzystania z narzędzi informatycznych (i ich tworzenia!) jako pomocy naukowych, ich sposób myślenia o nowych technologiach edukacyjnych (jeszcze zbyt nasycony nieufnością), ale przede wszystkim sama koncepcja przygotowywania nauczycieli do zawodu. Ze względu na tempo zmian cywilizacyjnych należy chyba odchodzić od modelu nauczyciela jako osoby wprowadzającej młodych ludzi w świat wiedzy. Potrzebny jest nowy nauczyciel – bardziej doradca i moderator rozwoju uczniów niż mentor, jak zauważa prof. Sysło. Do tego można dodać jeszcze jedną zdolność, która będzie niezbędna w efektywnym nauczaniu – nauczyciel musi uczyć się razem ze swoimi uczniami. Ta zdolność do współuczenia się będzie moim zdaniem kluczowa dla powodzenia projektu e-szkoły.